5 lat jako automatyk – moje przemyślenia

5 lat jako automatyk – moje przemyślenia

Artykuł o tym czego nauczyłem się po 5 latach pracy, co cenię sobie w byciu automatykiem najbardziej oraz z czego najchętniej bym zrezygnował. Zapraszam!

Piąta rocznica

W maju 2020 roku mija 5 lat odkąd związałem się z automatyką. Jest to idealny moment, by coś o mojej ścieżce zawodowej opowiedzieć i jakoś ją podsumować. Na początek zaznaczę, że nie jest to artykuł na temat tego czym zajmuje się automatyk oraz jakie są plusy i minusy takiej pracy. Jeśli interesują Cię tego typu zagadnienia, to zapraszam do artykułu:

Na czym polega praca automatyka? – artykuł na TeoriaElektryki.pl

Owa piąta rocznica bywa uznawana za wyjątkową – kilkukrotnie słyszałem opinię, że człowiek dopiero po takim czasie staje się wartościowym pracownikiem. Nie mnie oceniać, czy jest to prawdą. Chciałbym jedynie wyrzucić z siebie kilka osobistych przemyśleń i opowiedzieć o moim subiektywnym doświadczeniu. Istnieje ryzyko, że trochę się tutaj rozgadam (i będzie mało obrazków), więc dalej zapraszam tylko najbardziej wytrwałych i cierpliwych.

Kreatywna wolność

Dziś moje obowiązki polegają z grubsza na tym samym, co na początku. Mimo to czuję, że w tym jak pracuję zmieniło się naprawdę wiele. Przede wszystkim stałem się samodzielny. Z przełożonym konsultuje się już jedynie w kwestii tego co ma dany projekt zawierać, a czym nie zawracać sobie głowy. Na początku wyglądało to inaczej. Każdy układ sterowania, każdy program musiałem konsultować z powodu braku odpowiedniej wiedzy. Moje szczęście polegało na tym, że miałem się do kogo zwrócić i od kogo uczyć. Nauki, muszę przyznać, było sporo. Praktycznie o wszystko musiałem dopytywać, a błędy zdarzały się na każdym kroku. Dziś oczywiście dalej popełniam całą masę błędów, ale ich natura jest inna. Wynikają one raczej z niewłaściwej komunikacji z resztą zespołu / klientem, niż z braku mojej zaradności.

Jeśli miałbym wskazać jedną podstawową rzecz, której nauczyło mnie 5 ostatnich lat, to byłaby to umiejętność radzenia sobie z brakiem wiedzy. Jeśli myślisz, że zaczniesz staż jako elektryk, programista, czy automatyk, a za 5, 10 lat będziesz wiedział wszystko i staniesz się ekspertem, to muszę Cię rozczarować. Nigdy nie będziesz wiedział wszystkiego i zawsze znajdzie się coś, czego wcześniej nie widziałeś, nie spotkałeś, nie dotknąłeś. Tego typu zawody to ciągła nauka i jeśli jej nie lubisz, to w najlepszym wypadku zostaniesz daleko w tyle, w najgorszym znienawidzisz to co robisz.

Umiejętność radzenia sobie z problemami podniosła moją pewność siebie, a to ostatecznie przerodziło się w kreatywną wolność. Na czym ona polega? Załóżmy, że budujemy w firmie nowe urządzenie. Niech to będzie zbiornik na wodę, z systemem automatycznego utrzymywania temperatury (po polsku bojler). W tego typu projekcie każdy ma określoną rolę. Moja polega na stronie elektryczno-sterowniczej – mechaniką i wyglądem urządzenia się nie zajmuję. W pierwszej kolejności zmierzam do biura przełożonego i wygodnie rozsiadam się na jednym ze stojących tam krzeseł. Uzbrojony w kartkę i długopis pytam czego życzy sobie klient i jak ma to działać. W odpowiedzi słyszę coś w stylu: Urządzenie ma być możliwie proste w obsłudze. Zbiornik wyposażymy w grzałkę o mocy 2 kW, dodamy automatyczny system nalewania wody i sygnał dźwiękowy po osiągnięciu zadanej temperatury. Układ sterowania zamkniemy w szafce powieszonej na ścianie obok zbiornika.

Pięć lat temu taki zbitek informacji wywołałby u mnie stan poważnego zwątpienia. Bo co to właściwie znaczy, że urządzenie ma być możliwie proste? Jak podłączyć grzałkę? Jak sprawić, by włączała się gdy woda jest zimna, a wyłączała, gdy jest gorąca? Jak woda może się sama nalewać? Jak ma wyglądać szafka sterownicza? Jedyny plus na początku był taki, że moje biuro mieściło się blisko biura przełożonego. Stąd przynajmniej moje buty nie ucierpiały jakoś mocno przez te ciągłe wędrówki z kolejnymi pytaniami.

Dziś, głównie dzięki doświadczeniu, jestem w stanie samodzielnie zdecydować z czego ma się składać układ sterowania i jak wszystko połączyć. Jeśli w założeniach pojawi się coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie implementowałem, to nie załamuję rąk. Wiem już doskonale jak znaleźć rozwiązanie i gdzie szukać odpowiedzi. Załóżmy, że podane w przykładzie automatyczne nalewanie wody dodajemy do urządzenia po raz pierwszy. Jak takie coś wykonać? W takim wypadku problem rozbiłbym na dwie części: Woda musi się jakoś dostać do zbiornika, a potem w odpowiednim momencie nalewanie ma się zatrzymać. Pierwszy punkt można łatwo załatwić elektrycznie sterowanym zaworem. Operator naciska przycisk START i woda zaczyna się nalewać. Drugi punkt, czyli zatrzymanie nalewania, wymaga zastosowania jakiegoś czujnika, który wykryje, że woda osiągnęła określony poziom. W takim wypadku wystarczy złapać za telefon, wybrać numer przedstawiciela jednej z firm handlujących przemysłowymi czujnikami i rozpocząć rozmowę słowami: Cześć, mam temat zbiornika z automatycznym nalewaniem wody. Potrzebuję czujnika, który wyłapie moment, w którym lustro wody osiągnie wybrany poziom. Jakie macie opcje?

Czas na rysowanie!

Po dobraniu podzespołów zaczyna się proces obmyślania jak to wszystko połączyć, rysowania schematu elektrycznego i rozmieszczania podzespołów tak, by szafka nie była zbyt duża. Później trzeba to wszystko jeszcze złożyć, napisać instrukcję obsługi, przetestować, zawieźć do klienta, podłączyć, przeszkolić pracownika i mieć nadzieję, że urządzenie się sprawdzi.

Opisany tutaj proces wymaga pewnych pokładów kreatywności. Trzeba lubić tworzyć, bo inaczej wszystko będzie się robić byle jak, byleby było. Ja z pewnością tworzyć lubię, czego dowodem jest strona, na której czytasz ten artykuł. Oczywiście kreatywność wymaga odpowiedniej wolności. Gdyby wszystkie moje pomysły były bombardowane i koniec końców każdy projekt wyglądałby tak jak chce tego przełożony, to z pewnością bardzo szybko bym się zniechęcił. Jeśli urządzenie, które tworzę sterowane jest przy pomocy panelu dotykowego, to ja chcę decydować jak ta obsługa będzie wyglądać. Na szczęście przez ostatnich 5 lat miałem taką możliwość.

Tworzenie dla ludzi

W ciągu dotychczasowej kariery współtworzyłem urządzenia wspomagające przeróżne gałęzie przemysłu – głównie w Polsce. Z około 1200 dni roboczych, połowę spędziłem poza siedzibą firmy, naprawiając i uruchamiając urządzenia automatyki przemysłowej. Odwiedziłem przy tym kilkanaście miast i kilkadziesiąt obiektów przemysłowych. Wśród nich:

  • Zakłady mięsne, w tym tak wielkie molochy, jak Morliny i Tarczyński,
  • Mleczarnie, przedsiębiorstwa zajmujące się produkcją mrożonek, soków, win, czy chociażby pierogów,
  • Tartaki, oczyszczalnie ścieków, zakłady produkujące tworzywa sztuczne i nawozy azotowe.
  • Fabryki mebli tapicerskich i poduszek dla Ikei,
  • Zakłady produkujące podzespoły dla przemysłu motoryzacyjnego,
  • Laboratorium badawcze Uniwersytetu Warszawskiego (jedyne laboratorium w mojej ,,kolekcji”),

Słyszałem kiedyś opinię, że automatyzacja odbiera ludziom pracę. Prawda jednak jest taka, że w 90% przypadków maszyny nie zastąpią ludzi. Ktoś musi przecież te urządzenia obsługiwać, prawda? Różnica polega na tym, że operator, zamiast układać ciężkie worki na palecie, może kilkoma kliknięciami zlecić tę pracę robotowi. Później musi już tylko zadbać o to, by proces przebiegał bez zakłóceń, a robotowi nie skończył się stretch do owijania.

Lepiej go nie złościć.

I to jest w tej pracy piękne – tworzenie urządzeń służących ludziom i ułatwiającym ich pracę. Przykład? W pewnej fabryce poduszek pracownik musiał ręcznie przygotowywać mieszankę do ich wypełnienia. Jeśli poduszka miała mieć 30% pianki i 70% włókniny, musiał on przywieźć worki z tymi surowcami, wsypać je ,,na oko” do dużej wanny i dokładnie wszystko rozmieszczać łopatą. Rozwiązanie to nie miało nic wspólnego z dokładnością, a ilość mieszanki jaką był w stanie w ten sposób przygotować bardzo szybko znikała. Stąd pracownik przez cały dzień praktycznie tylko biegał po worki i machał łopatą. Po zamontowaniu przez nas dużych zbiorników magazynujących oraz automatycznej wagi mieszającej, pracownik mógł wreszcie odetchnąć. Jego zadaniem było od teraz dowożenie dużych paczek surowców w wyznaczone miejsce, a ich pobieraniem i przygotowywaniem mieszanki zajmowała się już maszyna. W ten sposób ciągłe bieganie i machanie łopatą zamieniło się w znacznie lżejszą pracę operatora wózka widłowego. Dodatkowo mieszanki zyskały wreszcie na jakości, a cała produkcja przyspieszyła o ponad 70%.

Moja rola w tym, by urządzenie takie miało wszystkie niezbędne funkcje, a jego obsługa była przy tym prosta i intuicyjna. Szczególnie uwielbiam tworzenie aplikacji na ekranie dotykowym. Wtedy w trakcie rozruchu i pierwszych prób, jestem w stanie wsłuchać się w potrzeby pracowników i na bieżąco wprowadzać poprawki. Przydałaby się opcja zmiany czasu mieszania albo jego zupełnego wyłączenia? Proszę bardzo. Urządzenie powinno zrobić kilkusekundową przerwę przed kolejnym naważeniem? Nie ma problemu. Chciałbyś mieć podgląd stanu napełnienia zbiorników na głównym ekranie? Daj mi tylko chwilę.

Nie ma nic lepszego od stworzenia czegoś dla innych, a potem otrzymywania informacji zwrotnej, że miało to pozytywny wpływ na ich życie lub pracę. Oczywiście nie zawsze jest różowo i zdarzają się rozwiązania zupełnie nietrafiające w gusta nie tyle klienta, co jego pracowników. Bywa tak, że poprawki nie są z różnych powodów wdrażane, a klient nakazuje pracownikom przyzwyczajenie się do rozwiązań i nie pyta ich nawet o zdanie. Taka jest niestety prawda, że przemysł w Polsce ma tendencje do ignorowania dobra swoich pracowników, nie rozumiejąc, że to oni są kluczem do sukcesu. Nie do końca orientuję się w rynku zagranicznym, więc nie jestem pewien, czy problem dotyczy całego świata, czy może tylko naszego podwórka.

Ciemna strona automatyki

Na swojej drodze spotkałem całą masę kolegów po fachu. Zasadniczo automatyków można podzielić na 3 podstawowe grupy. Pierwsza to teoretycy, pędzący od projektu do projektu, nie mający styczności z faktycznym, współtworzonym przez nich produktem. Drugi typ to praca mieszana, podobna do mojej. Trochę rysowania i projektowania, trochę montażów i rozruchów. Trzecia grupa to stuprocentowi serwisanci, którzy zwiedzili większość miejscowości w Polsce i są w stanie polecić Ci dobry hotel w każdym zakątku kraju.

Jako, że osobiście mam styczność zarówno z pracą projektową, jak i wykonawczą, to dość dobrze poznałem wady i zalety obu podtypów. I szczerze powiem, że wraz z mijającymi latami coraz mniej fascynuje mnie jeżdżenie i praca na obiektach. Teoretycznie to tam jest najciekawiej i najfajniej. Ceną żywienia i hotelu kompletnie się nie przejmujesz, masz szansę odwiedzić przeróżne miasta w Polsce i zagranicą, a jeśli wcześniej skończysz to co na dany dzień zaplanowałeś, to w wolnym czasie robisz co dusza zapragnie. Problem w tym, że po tych kilku latach już mnie do tego nie ciągnie. Mając rodzinę, budując dom i prowadząc hobbistycznie TeorięElektryki, znacznie bardziej cenię swój wolny czas. Zamiast montować linię produkcyjną do późnych godzin wieczornych, albo siedzieć w jakimś hotelu przed laptopem, wolałbym wrócić do domu i zająć się swoimi sprawami. Szczególnie, że niekiedy przejeżdża się prawie 600 km w jedną stronę, by dotrzeć do klienta. Kilka takich wypraw, w tym 11 godzinna podróż do Wiednia (demontaż linii klejenia desek) skutecznie wyleczyły mnie z radości pokonywania kilometrów.

Niewielka, górska miejscowość pod Wiedniem.

Oprócz tego jest jeszcze jedna rzecz, za którą niespecjalnie przepadam – serwis nieznanych mi urządzeń. Bywa tak, że klient kupił coś na drugim końcu świata, serwis przyjedzie może za tydzień, a może nie, a do tego będzie kosztował tyle, co połowa nowej maszyny. Wówczas do akcji wkraczają nieustraszeni serwisanci, którzy nie boją się wyzwań – czyli teoretycznie ja. Naprawa obcej maszyny przypomina oglądanie koreańskiego filmu bez napisów. Niby widzisz co się dzieje, ale nie do końca wiesz dlaczego. Instrukcji obsługi zwykle brak, schemat albo się zgubił, albo nie odpowiada już rzeczywistości, przewody przypominają spaghetti al dente, a maszyna obudowana jest tak, że 2 godziny zajmie zdjęcie wszystkich osłon i dostanie się do środka. Do tego dochodzą ,,utrudniacze”, takie jak ominięte systemy bezpieczeństwa, operatorzy mówiący ,,tak było od początku, my nic nie grzebaliśmy” oraz sam klient, który jednym okiem spogląda na zegarek, a drugim cię pogania. Samo życie.

Jakie są moje dalsze plany?

Pięć lat to kawał czasu i z pewnością nie siedział bym tyle w tej branży, gdybym nie lubił tego co robię. Studia, na które poszedłem dość przypadkowo, okazały się prowadzić do niezwykle ciekawej i angażującej ścieżki zawodowej. Dzięki niej poznałem Polski przemysł od środka, a także wielu tworzących go ludzi. Dowiedziałem się jak działają maszyny i linie produkcyjne, odpowiadające za wypełnione po brzegi produktami półki sklepowe. Od teraz i Ty, spoglądając na etykietę ulubionego jogurtu, weź pod uwagę, że do jej równego nadrukowania potrzeba było aż kilku specjalnych czujników. Smakując go pamiętaj, że proporcje składników dobrał pieczołowicie napisany przez jakiegoś automatyka program. Wyrzucając opakowanie zadbaj o to, by trafiło do odpowiedniego pojemnika. Dzięki temu inna maszyna w przyszłości przerobi je na plastikowe kubki lub talerze. Tak, tę maszynę również projektował i programował jakiś automatyk.

I mimo, że bardzo lubię swoją pracę, to wiem czego mi w niej brakuje – możliwości uczenia innych. Pamiętam okres, w którym pod moje skrzydła trafił praktykant. Ostatecznie przebranżowił się on na programistę, ale radość z przekazywania mu kolejnych tajników wiedzy pamiętam do dziś. Aktualnie potrzebę uczenia innych realizuję tutaj – na TeoriiElektryki. Strona ta rozwija się w niezwykłym tempie i zdaję sobie sprawę z tego, że będę chciał w przyszłości poświęcić jej znacznie więcej czasu. Czy uda mi się to pogodzić z pracą? Trudno powiedzieć. Wielu automatyków, których spotkałem mówiło mi, że praca na etacie to dopiero początek i prędzej czy później będę musiał przejść na swoje. Na dzień dzisiejszy tak właśnie swoją przyszłość widzę. Własna działalność teoretycznie pozwala wyciąć wszystko to, co nie odpowiada mi w dotychczasowej pracy. A jak to wygląda w praktyce? Pożyjemy, zobaczymy. Na koniec pragnę serdecznie pogratulować Ci dotarcia do końca tego niezwykle długiego tekstu. Do usłyszenia w kolejnych artykułach!


Dzięki za poświęcony czas!


Czekasz na więcej? Napisanie jednego artykułu zajmuje mi około dwa tygodnie. Chcę by moje treści były maksymalnie przydatne, rzetelne i poparte wiedzą naukową. Jeśli masz ochotę dołączyć do grona znawców Teorii Elektryki to zapraszam do zapisania się na newsletter lub do zajrzenia na facebook’a. W ten sposób nie umknie ci żaden nowy artykuł.

*Zapisując się do newslettera, zgadzasz się na otrzymywanie drogą mailową informacji o nowych artykułach i wydarzeniach związanych z serwisem TeoriaElektryki.pl

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Gabriela

    Dziękuję za kolejny artykuł;) Z niecierpliwością czekam na kolejne oraz zamówiłam książkę polecaną przez pana.
    Osobiście stoję przed wyborem kierunku studiów, m.in. zastanawiam się nad AiR.
    Również życzę dalszych sukcesów zawodowych:)

  2. Łukasz

    Bardzo ciekawe podsumowanie 🙂 życzę wielu sukcesów zawodowych 🙂 artykuły czyta się lekko i przyjemnie, oraz można z nich wyciągnąć dużo dla siebie 🙂 Pozdrawiam

Dodaj komentarz